Czy ci królowie naprawdę powariowali? Widmo wojny, cła niesamowicie wysokie, ale tydzień wolnego po podróży być musi. Prawdopodobnie nie miałabym im tego za złe gdyby nie ten denerwujący Matt.
Łaził za mną dosłownie wszędzie i odstraszał wszystkich, mniej lub bardziej przystojnych chłopaków. Gdy ja odpłaciłam mu pięknym za nadobne, wielce obrażony księżny poszedł do Trudnego na mnie naskarżyć! Profesor przynajmniej stanął (prawie) po mojej stronie i kazał nam przestać być dziećmi.
A ten koszmar trwał zaledwie trzy dni!
Po stanie moich nerwów i szerokiego uśmiechu. Matta można było bez problemu zauważyć, kto wygrywa naszą wojnę. Straty były ogromne. Moją jedyną wygraną był fakt, że jeszcze żyję i trzymam się całkiem nieźle.
Czwartego dnia wampir wybrał sobie najbardziej chyba obskurny bar w całej dzielnicy, by zjeść kolację. (Chyba podsłuchał, jak bardzo nie cierpię takich miejsc…). Wszędzie było ciemno i chyba każdy kawałek baru kleił się od… lepiej nie wiedzieć, od czego. Matt wyszedł na panienkę. On tak to nazywał, mi się od tej nazwy chciało wymiotować. Ponieważ porzuciłam myśl o wakacyjnej, miłosnej przygodzie z rękami w kieszeni rozmyślałam nad nowym planem upokorzenia tego zakochanego w sobie, egocentrycznego palanta.
Bójki w tym barze były raczej chlebem powszednim, toteż nie zareagowałam zbytnio na bójkę dwa metry ode mnie. Z czarnych myśli obudził mnie krzyk bardzo znajomego głosu: „Złaź ze mnie, kretynie”. Zerwałam się na nogi i przedarłam przez tłum.
Mój podopieczny był pod jakimś kolesiem, który raz z prawej a raz z lewej bił go w twarz. Przez kilka sekund stałam jak wryta, po chwili zaczęłam działać.
Zamiast użyć jakiegoś zaklęcia ataku, najlepiej mojego autorstwa, ja – osoba mająca metr sześćdziesiąt w kapeluszu i niewielką niedowagę – rzuciłam się na dwójkę barczystych mężczyzn. Fakt, że nie jest to najbardziej inteligentny pomysł, jakoś nie przyszedł mi do głowy. Zaczęłam się równie mądrze wydzierać.
- Hej, złaś z niego! Złaź mówię!! No już!! PRZESTAŃCIE!! - ostatnie słowo zostało wypowiedziane zostało tak piskliwie, że w spelunie zrobiło się cicho. Ja wstałam, udając, że mam resztki godności i wytrzepując pobrudzone ubranie. Facet, na którego wpadłam również się podniósł, zawstydzony. Matt się nie powstał w ogóle. Westchnęłam i rzuciłam wściekłe spojrzenie na niedoszłego boksera.
- Co to w ogóle miało być?! A wy na co się gapicie?!- To ten dupek...
Moje spojrzenie kazało mu przerwać. Nastały dwie sekundy bardzo ciężkiej ciszy.
- Ten dupek co?!! - wrzasnęłam na całe gardło (a głos miałam ewidentnie mocny). Barman upuścił szklankę, które nieudolnie mył od paru minut. Prawdę powiedziawszy, była brudniejsza niż przed zaczęciem sprzątania. Bokser westchnął ciężko. Miał długawe włosy, których grzywka wymykała mu się spod kontroli. Jego zielone, jeszcze przed chwilą pełne gniewu oczy zaczęły przybierać bardziej przepraszającego wyglądu. Wyglądał jak pomniejszy Bóg, nawet z podbitym okiem i krwawiącą wargą. Słowem, aż gacie miękną, taki przystojny. Ja jednak byłam zbyt zajęta zdzieraniem sobie mojego jakże delikatnego gardła, by to zauważyć. - Gadaj – warknęłam przerażająco.
- Em... powiedzmy, że go znam..? I, że trochę skrzywdził moją ówczesną dziewczynę. A raczej mnie przez nią. Mam na myśli- CZY TY WIESZ, KTO TO JEST?! - spytałam wściekle, nie bacząc na jęki poszkodowanego.
- No, jeden ze spadkobierców wampirów.
- POMYŚLAŁEŚ, CZEMU TU JEST? ŻE, POWIEDZMY, MA OPIEKUNKĘ, KTÓRA BĘDZIE MIAŁA ABSOLUTNIE PRZERĄBANE, JAK TEMU PALANTOWI COŚ SIĘ STANIE?! - Brązowowłosy spojrzał na mnie zdziwiony. Jak zaczęłam ciężko dyszeć, jakbym dostała ataku astmy.
- Um.. nie?
Mojego spojrzenia w tamtej chwili zazdrościły mi wszystkie bazyliszki w okolicy. Ten jednak, zamiast zmienić się w kamień i paść trupem, uśmiechnął się. Trochę bezczelnie. Prawdopodobnie ten uśmiech dodany do mięknących gaci robił furorę. Ja jednak z uporem nie dawałam mu na mnie działać. Odwróciłam się z gracją, potykając o nogę leżącego. Wylądowałam obok niego. Nie przyjęłam proponowanej mi przez brązowowłosego ręki. W myślach powtarzałam słowa zaklęcia. Mortem fatuis. On, in malum incantatores ... Disinfect in*. Było to najsłabsze zaklęcie magii leczniczej, jednak dla wampirów wystarczało. Po chwili Matt przeprócił się na brzuch i zaczął kaszlęc krwią.
- Nic ci nie będzie – mruknęłam. - Rusz swoje niezacne cztery litery i wychodzimy stąd.
Ojciec Matta nie był zadowolony z opowiedzianej przeze mnie protekcjonalnym tonem historii. Więcej, wydarł się na niego tak, że prawdopodobnie wszyscy w tej parodii baru, w której byliśmy, słyszeli. Później niedelikatnie walnął go w głowę. Widząc minę chłopaka nie mogłam powstrzymać złośliwego chichotu. Król wampirów spojrzał na mnie z ciepłym uśmiechem, podziękował za pomoc i nagrodził całkiem niezłą sumką. Tak to ja mogę pracować.
*Śmierć idiotom. Nie, zły czar. Wylecz się.