Każdy Lud ma inną kulturę, co oczywiste. Jednak Hobbie, trzeba im oddać, kulturę mają intrygującą. Głównie dlatego, że żaden Lud nic o niej nie. Małe stworki, które normalnemu człowiekowi sięgają do kolan, mają duże skrzydła pozwalające im latać, i wszędzie się zmieszczą. Nic jednak nie mówią o sobie. Stąd wniosek, że ich kultura jest ciekawa. Ich architektura za to…
Budynki są ogromne, nawet jak na człowieczy standard. Drzwi tak wielkie, że dwupiętrowa drabina by się pewnie zmieściła. Straszny przepych. Wszystko wygląda tak, że król Wampirów by się takiego wnętrza nie powstydził.
Jednak, co trzeba im oddać, wróżki zawsze są bardzo miłe. Nawet jak odwrócisz się plecami nie zaczną cię obgadywać. Mówią, że to źle wpływa na ich karmę. Taka różnica w stosunku do ludzkich bab, tylko czekających na okazję, żeby wygarnąć ci co nieco. Tak, żebyś przypadkiem, nie dajcie Bogowie, nie usłyszał.
Sklepów tu co nie miara. Wszystko na poziomie i o normalnej cenie. Kraina miodem i mlekiem płynąca. Wszędzie uśmiechy, Ludy nawzajem sobie pomagające, cud, miód i orzeszki.
Do krainy trafiłam przepadkiem. Jeden z profesorów Szkoły Magii do której miałam (nie)szczęście uczęszczać stwierdził, że sam trudów podróży cierpieć nie będzie, więc został zorganizowany konkurs, kto pojedzie. Ponieważ żaden ochotnik się nie zgłosił, dyrektor na ostatnią chwilę wyznaczył mnie. Że niby to mnie czegoś nauczy.
Do dyra trafiłam przypadkiem – jeden z nauczycieli przypadkiem zobaczył, jak robiłam coś, czego robić nie wolno. Skąd miałam wiedzieć, że nie wolno zmieniać wody w wino? Przynajmniej wszyscy zdali to nieszczęsne kolokwium…
Niestety, mojego, logicznego punktu widzenia nie przyjął asystent nieszczęsnego profesora, więc niedelikatnie zostałam zaprowadzona do najgorszego z najgorszych…
Dyrektor nie wydawał się zaskoczony moją wizytą. Więcej, ucieszył się. Zaproponował coś do picia, poczęstował czekoladką, i oznajmił, że zostałam nieszczęśnikiem jadącym do stolicy Hobbie. Zakrztusiłam się biedną czekoladą, ale wyjścia nie było – kara to kara.
Nie, żeby nie podobało mi się u wróżek. Problemem byli ludzie, mieszkający w małych wsiach, którzy czarowników palą na stosie. Rytuał jest co prawda zakazany od dwustu lat (gdy to nieszczęśni magowie wkurzyli się stratą monarchy), ale niektóre wioski kontynuują go z zatrważającym entuzjazmem.
Do Hobbie przyjechaliśmy w sprawach królewskich. Głowy Ludów miały pogadać o problemach na tle rasizmu, omówić cła na towary, zapobiec nieuchronnie zbliżającej się wojnie i inne takie. Od nas, magów, wyznaczony został profesor Trudny. Profesor został tak ochrzczony dwadzieścia lat temu, gdy jego egzaminu kończącego szkołę nie zaliczyli wszyscy studenci, nauczyciele, dyrektor i sam profesor.
Więc idę sobie za nauczycielem. Brukowane uliczki są czyste, jak nigdzie indziej. Rozglądam się na boki. Za kilka kilometrów na pewno dojdziemy do zamczyska, gdzie ma się zebrać spotkanie.
Moglibyśmy się teleportować, ale profesor absolutnie mi tego zabronił. Chodzą plotki, że kiedyś, gdy Trudny próbował w szybki sposób zmienić miejsce pobytu, kawałek nogi okazał się niezwykle złośliwy, i został w pierwotnym miejscu pobytu biednego nauczyciela. Ile w tym było prawdy, nikt nie wiedział.
Prawdą jednak było, że wszyscy magowie woleli zwykłą podróż konno czy pieszo, niż teleportacje na długie odległości. Uczniowie, którzy chwalili się umiejętnością teleportacji, u profesora kończyli tragicznie.
Żaden z uczniów nie wiedział, czemu została zwołana narada Ludów, jednak wszyscy wiedzieli, że coś nie tak. Jeden z nauczycieli wrócił z wycieczki ze spaloną ręką, a jedna czwarta jego klasy rzuciła studia magicznie w połowie. Zostały zwiększone godziny nauki magii obronnej. Gdy dyrektor wrócił z rozmowy z królem Głowieca, na koniec półrocza skreślił połowę tępych uczniów, gdy zwykle skreślał nie więcej niż czterech.
Magowie nie chcą krzywdzić ludzi, ale, jak ci próbują ich spalić, nie zawsze są tak przyjaźnie nastawieni. Łatwo gaszą płomienie, ale nie tak łatwo zgasić złość. Słynny Albert Niesłychany, gdy stracił panowanie nad sobą, spalił pół miasta. Wszyscy się dziwili, bo magia Alberta zwykle nie starczała na ugaszenie niewielkiego pożaru.
Problemy miały także wampiry. Coraz więcej niezrównoważonych psychicznie śmiałków rzucało się na, odznaczające się niezwykłą szybkością i siła, wampiry z drewnianym kołkiem, czosnkiem i krzyżem. Wampiry kołek łamały bez najmniejszych problemów, czosnek uwielbiały i nie zawsze były ateistami. Krew, prawda, piły, ale zwierzęcą, i nie zabijały przy tym.
Szeptało się też o wojnie Wilkołaków i Zwieców. Zwiecy to stwory, które tak jak wilkołaki mogły zmienić się w zwierzęta. Różnica poległa na tym, że likantropi zmieniali się w wilki, a Zwiecy w różne zwierzęta (jeden Zwiec zmieniał się w jedno zwierzę). Ci drudzy byli przekonani o swojej wyższości nad pierwszymi. Niestety, wilkołakom się to nie spodobało i przez długi czas walczyli ze Zwiecami. Skończyło się to dzięki ( a może przez?) pewnej wiedźmie, której jeden podejrzanie wyglądający niedźwiedź stratował ogródek. Jedno proste zaklęcie i miś zmienił się w potężnego młodzieńca o czarnych włosach. Ponieważ młodzieniec ów nie podzielał uczucia straty właścicielki ogródka, ta w zemście pomogła wilkom pokonać wrogów.
Konflikt jednak odradzał się na nowo i wojna wisiała w powietrzu. Taka, jak 200 lat temu.
W roku 217 Wampiry walczyły z Ludźmi, a Wilkołaki ze zwiacami. Do wampirów i wilkołaków przyłączyły się Elfy i Krasnoludzi, potem Hobbie. Od początku krwiożerczym bestiom i strasznym wilczurom pomagali magowie. Pewnego razu jedna czarodziejka nie wytrzymała straty córki i straciła panowanie. Pokonała Ludzi i Zwieców, razem z mężem zwołała Pierwszą Naradę Ludów w 231 i ustaliła zasady życia w Trójświecie. Przegrani posprzątali i zapłacili kontrybucję wojenną i tak (prawie) bezkonfliktowo się żyło. Z czasem jednak Ludy zaczęły zapominać o wojnie i odżyły stare problemy i stereotypy.
Głowy państw (z wyjątkiem Zwieców, one nie są traktowane jako praworządne Ludy) postanowili się spotkać i odsunąć widmo wojny. Król ludzi wiedział, że musiałby walczyć przeciw wszystkim Ludom, za sojuszników mając tylko Zwieców (Wygnańcy bowiem Głowcowi życzyły jak najgorzej) i chciał tego uniknąć. Szczególnie, że jego żona była wampirzycą.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz