Słońce piekło moją obnażoną skórę wręcz do bólu, jednak nie wydawałam się nikomu niezadowolona. Profesor zostawił mnie w jednym z najlepszych hoteli, jakie można było tu znaleźć. Wielkie zamczysko kiedyś było w posiadaniu królów, teraz robiło za nocleg dla różnych króli. Pokój który dostałam był ze 3 razy większy od pokoju w akademiku, a dywan kosztował mniej-więcej tyle, ile ja zarabiam rocznie. I dostał mi się balkon!
Więc leżałam sobie spokojnie w słoneczku, grzecznie się opalałam. Wtedy jakiś buc uznał za niezwykle ważne i jak najbardziej stosowne bezczelne zasłonięcie mi promieni. Nie ukazując z tego powodu największej radości jednym okiem spojrzałam na młodzieńca.
Młodzieniec ów był marzeniem każdej kilkuletniej dziewczynki. Pocałowana żaba powinna się w niego zamienić. Blond włosy lekko opadały mu na ramiona, oczy miał ślicznie brązowe i wesołe, pod koszulką było widać mięśnie. Jednym słowem, ciacho.
Tylko wyciągnięte na całą długość kły, jeszcze lepiej widoczne w szerokim uśmiechu kolesia burzyły cudowny obraz dziecięcych marzeń.
- Mogę w czymś pomóc? – burknęłam nieprzyjemnie. Niechętnie obróciłam głowę w drugą stronę, dając wampirowi do zrozumienia, że ma sprawdzić, czy go gdzieś indziej przypadkiem nie ma. Nagle, przebłysk myśli. Zdałam sobie sprawę z bardzo ważnego faktu. – Jak ty się tu dostałeś?!
Chłopak nie przestawał radośnie szczerzyć kłów. Dosłownie i w przenośni. Wygodnie usiadł na leżaku obok.
- Profesor Johnson mnie tu wpuścił.
- Po co? – spytałam inteligentnie. Przecież wiedziałam. Głupie wybory opiekunów! Trudny przez jedną czwartą drogi opowiadał mi o tym, jak każdy członek rodziny królewskiej (bądź też ich przedstawicieli) dostaje ochroniarza. Na przykład taką nieszczęśliwą mnie.
Trzeba mi jednak oddać, że uzdolniona magicznie byłam. Pasjonowałam się w magii ataku – w moich magicznych kombinacjach nie orientowali się zazwyczaj nawet profesorowie. Wiele zaklęć tworzyłam sama, co nieszczęsnym nauczycielom odbierało możliwość obrony (co bardzo cieszyło pielęgniarkę szkolną, która, odkąd mam magie ataku, ma trzy razy więcej roboty – co daje jej trzy razy większe zarobki).
Jednak czy to oznacza, że jakiś blondwłose ciacho może wybrać mnie na swojego opiekuna? Na pewno nie dla mnie.
- Nie słyszałaś nigdy o wyborach opiekunów? – zdziwił się X.
X przyglądał się mi, jakbym była piękną zabawką na wystawie. Ani trochę mi się to nie spodobało. Całą drogę tutaj liczyłam, że zostanę opiekunką (tfu!!) Trudnego. A tu mi się jakiś … zwala!
- Słyszałam – burknęłam nieprzyjemnie. Coraz mniej podobał mi się ten nieznajomy. Uśmiechnął się kusząco.
- No to się pewnie ucieszysz, że zostałaś mianowana moją opiekunką?
Ani trochę się nie ucieszyłam.
- Jestem Mattew.
- Claudia.
Wampir speszył się lekko. Po jego minie było widać, że spodziewał się, że dumna z bycia jego opiekunką rzucę się całować jego stopy. O nie, kochasiu. Przeliczyłeś się. Nawet te twoje cudowne włosy nie zmienią mojego stosunku do ciebie!
Matt wstał i nachylił się nade mną.
- Mogę w czymś pomóc? – spytałam nieprzyjemnie świadoma jego obecności. Mogłam go nie lubić od pierwszego wejrzenia, moje ciało uważało jednak coś innego. Kij z nim.
- Chciałbym się przejść – stwierdził nie aż tak nieznajomy.
Jego prawdziwe imię brzmiało Sir Mattew Jensen Lambert, książę Conilandu. W krajach obok krainy wampirów znany był ze swoich licznych podboi miłosnych. Żadna kobieta mu się nie oprze, bla, bla, bla…
Trafił na godnego przeciwnika.
- Cóż – odparłam. – Mi nie za bardzo, więc siadaj i mi nie przeszkadzaj. Pamiętaj, kto tu jest opiekunem.
Chłopak spojrzał na mnie zaskoczony. Uśmiechnął się i kiwnął głową. Zaczynam grę.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz