Trójświat

Jest to moje autorskie opowiadanie (bardziej książka, zobaczymy, gdzie się skończą moje chęci...) o dziewczynie, czarodziejce, która - dzięki swoim niezwykłym umiejętnościom - zostaje wplątana w wiele ciekawy przygód. Staram się używać trochę ironicznego języka, naśladując trochę Pratchetta

wtorek, 13 marca 2012

Rozdział III

Czy ci królowie naprawdę powariowali? Widmo wojny, cła niesamowicie wysokie, ale tydzień wolnego po podróży być musi. Prawdopodobnie nie miałabym im tego za złe gdyby nie ten denerwujący Matt.
Łaził za mną dosłownie wszędzie i odstraszał wszystkich, mniej lub bardziej przystojnych chłopaków. Gdy ja odpłaciłam mu pięknym za nadobne, wielce obrażony księżny poszedł do Trudnego na mnie naskarżyć! Profesor przynajmniej stanął (prawie) po mojej stronie i kazał nam przestać być dziećmi.
A ten koszmar trwał zaledwie trzy dni!
Po stanie moich nerwów i szerokiego uśmiechu. Matta można było bez problemu zauważyć, kto wygrywa naszą wojnę. Straty były ogromne. Moją jedyną wygraną był fakt, że jeszcze żyję i trzymam się całkiem nieźle.
Czwartego dnia wampir wybrał sobie najbardziej chyba obskurny bar w całej dzielnicy, by zjeść kolację. (Chyba podsłuchał, jak bardzo nie cierpię takich miejsc…). Wszędzie było ciemno i chyba każdy kawałek baru kleił się od… lepiej nie wiedzieć, od czego. Matt wyszedł na panienkę. On tak to nazywał, mi się od tej nazwy chciało wymiotować. Ponieważ porzuciłam myśl o wakacyjnej, miłosnej przygodzie z rękami w kieszeni rozmyślałam nad nowym planem upokorzenia tego zakochanego w sobie, egocentrycznego palanta.
Bójki w tym barze były raczej chlebem powszednim, toteż nie zareagowałam zbytnio na bójkę dwa metry ode mnie. Z czarnych myśli obudził mnie krzyk bardzo znajomego głosu: „Złaź ze mnie, kretynie”. Zerwałam się na nogi i przedarłam przez tłum.
Mój podopieczny był pod jakimś kolesiem, który raz z prawej a raz z lewej bił go w twarz. Przez kilka sekund stałam jak wryta, po chwili zaczęłam działać.
Zamiast użyć jakiegoś zaklęcia ataku, najlepiej mojego autorstwa, ja – osoba mająca metr sześćdziesiąt w kapeluszu i niewielką niedowagę – rzuciłam się na dwójkę barczystych mężczyzn. Fakt, że nie jest to najbardziej inteligentny pomysł, jakoś nie przyszedł mi do głowy. Zaczęłam się równie mądrze wydzierać.
- Hej, złaś z niego! Złaź mówię!! No już!! PRZESTAŃCIE!! - ostatnie słowo zostało wypowiedziane zostało tak piskliwie, że w spelunie zrobiło się cicho. Ja wstałam, udając, że mam resztki godności i wytrzepując pobrudzone ubranie. Facet, na którego wpadłam również się podniósł, zawstydzony. Matt się nie powstał w ogóle. Westchnęłam i rzuciłam wściekłe spojrzenie na niedoszłego boksera.
- Co to w ogóle miało być?! A wy na co się gapicie?!
- To ten dupek...
Moje spojrzenie kazało mu przerwać. Nastały dwie sekundy bardzo ciężkiej ciszy.
- Ten dupek co?!! - wrzasnęłam na całe gardło (a głos miałam ewidentnie mocny). Barman upuścił szklankę, które nieudolnie mył od paru minut. Prawdę powiedziawszy, była brudniejsza niż przed zaczęciem sprzątania. Bokser westchnął ciężko. Miał długawe włosy, których grzywka wymykała mu się spod kontroli. Jego zielone, jeszcze przed chwilą pełne gniewu oczy zaczęły przybierać bardziej przepraszającego wyglądu. Wyglądał jak pomniejszy Bóg, nawet z podbitym okiem i krwawiącą wargą. Słowem, aż gacie miękną, taki przystojny. Ja jednak byłam zbyt zajęta zdzieraniem sobie mojego jakże delikatnego gardła, by to zauważyć. - Gadaj – warknęłam przerażająco.
- Em... powiedzmy, że go znam..? I, że trochę skrzywdził moją ówczesną dziewczynę. A raczej mnie przez nią. Mam na myśli
- CZY TY WIESZ, KTO TO JEST?! - spytałam wściekle, nie bacząc na jęki poszkodowanego.
- No, jeden ze spadkobierców wampirów.
- POMYŚLAŁEŚ, CZEMU TU JEST? ŻE, POWIEDZMY, MA OPIEKUNKĘ, KTÓRA BĘDZIE MIAŁA ABSOLUTNIE PRZERĄBANE, JAK TEMU PALANTOWI COŚ SIĘ STANIE?! - Brązowowłosy spojrzał na mnie zdziwiony. Jak zaczęłam ciężko dyszeć, jakbym dostała ataku astmy.
- Um.. nie?
Mojego spojrzenia w tamtej chwili zazdrościły mi wszystkie bazyliszki w okolicy. Ten jednak, zamiast zmienić się w kamień i paść trupem, uśmiechnął się. Trochę bezczelnie. Prawdopodobnie ten uśmiech dodany do mięknących gaci robił furorę. Ja jednak z uporem nie dawałam mu na mnie działać. Odwróciłam się z gracją, potykając o nogę leżącego. Wylądowałam obok niego. Nie przyjęłam proponowanej mi przez brązowowłosego ręki. W myślach powtarzałam słowa zaklęcia. Mortem fatuis. On, in malum incantatores ... Disinfect in*. Było to najsłabsze zaklęcie magii leczniczej, jednak dla wampirów wystarczało. Po chwili Matt przeprócił się na brzuch i zaczął kaszlęc krwią.
- Nic ci nie będzie – mruknęłam. - Rusz swoje niezacne cztery litery i wychodzimy stąd.
Ojciec Matta nie był zadowolony z opowiedzianej przeze mnie protekcjonalnym tonem historii. Więcej, wydarł się na niego tak, że prawdopodobnie wszyscy w tej parodii baru, w której byliśmy, słyszeli. Później niedelikatnie walnął go w głowę. Widząc minę chłopaka nie mogłam powstrzymać złośliwego chichotu. Król wampirów spojrzał na mnie z ciepłym uśmiechem, podziękował za pomoc i nagrodził całkiem niezłą sumką. Tak to ja mogę pracować.

*Śmierć idiotom. Nie, zły czar. Wylecz się.

Rozdział II.

Słońce piekło moją obnażoną skórę wręcz do bólu, jednak nie wydawałam się nikomu niezadowolona. Profesor zostawił mnie w jednym z najlepszych hoteli, jakie można było tu znaleźć. Wielkie zamczysko kiedyś było w posiadaniu królów, teraz robiło za nocleg dla różnych króli. Pokój który dostałam był ze 3 razy większy od pokoju w akademiku, a dywan kosztował mniej-więcej tyle, ile ja zarabiam rocznie. I dostał mi się balkon!
Więc leżałam sobie spokojnie w słoneczku, grzecznie się opalałam. Wtedy jakiś buc uznał za niezwykle ważne i jak najbardziej stosowne bezczelne zasłonięcie mi promieni. Nie ukazując z tego powodu największej radości jednym okiem spojrzałam na młodzieńca.
Młodzieniec ów był marzeniem każdej kilkuletniej dziewczynki. Pocałowana żaba powinna się w niego zamienić. Blond włosy lekko opadały mu na ramiona, oczy miał ślicznie brązowe i wesołe, pod koszulką było widać mięśnie. Jednym słowem, ciacho.
Tylko wyciągnięte na całą długość kły, jeszcze lepiej widoczne w szerokim uśmiechu kolesia burzyły cudowny obraz dziecięcych marzeń.
- Mogę w czymś pomóc? – burknęłam nieprzyjemnie. Niechętnie obróciłam głowę w drugą stronę, dając wampirowi do zrozumienia, że ma sprawdzić, czy go gdzieś indziej przypadkiem nie ma. Nagle, przebłysk myśli. Zdałam sobie sprawę z bardzo ważnego faktu. – Jak ty się tu dostałeś?!
Chłopak nie przestawał radośnie szczerzyć kłów. Dosłownie i w przenośni. Wygodnie usiadł na leżaku obok.
- Profesor Johnson mnie tu wpuścił.
- Po co? – spytałam inteligentnie. Przecież wiedziałam. Głupie wybory opiekunów! Trudny przez jedną czwartą drogi opowiadał mi o tym, jak każdy członek rodziny królewskiej (bądź też ich przedstawicieli) dostaje ochroniarza. Na przykład taką nieszczęśliwą mnie.
Trzeba mi jednak oddać, że uzdolniona magicznie byłam. Pasjonowałam się w magii ataku – w moich magicznych kombinacjach nie orientowali się zazwyczaj nawet profesorowie. Wiele zaklęć tworzyłam sama, co nieszczęsnym nauczycielom odbierało możliwość obrony (co bardzo cieszyło pielęgniarkę szkolną, która, odkąd mam magie ataku, ma trzy razy więcej roboty – co daje jej trzy razy większe zarobki).
Jednak czy to oznacza, że jakiś blondwłose ciacho może wybrać mnie na swojego opiekuna? Na pewno nie dla mnie.
- Nie słyszałaś nigdy o wyborach opiekunów? – zdziwił się X.
X przyglądał się mi, jakbym była piękną zabawką na wystawie. Ani trochę mi się to nie spodobało. Całą drogę tutaj liczyłam, że zostanę opiekunką (tfu!!) Trudnego. A tu mi się jakiś … zwala!
- Słyszałam – burknęłam nieprzyjemnie. Coraz mniej podobał mi się ten nieznajomy. Uśmiechnął się kusząco.
- No to się pewnie ucieszysz, że zostałaś mianowana moją opiekunką?
Ani trochę się nie ucieszyłam.
- Jestem Mattew.
- Claudia.
Wampir speszył się lekko. Po jego minie było widać, że spodziewał się, że dumna z bycia jego opiekunką rzucę się całować jego stopy. O nie, kochasiu. Przeliczyłeś się. Nawet te twoje cudowne włosy nie zmienią mojego stosunku do ciebie!
Matt wstał i nachylił się nade mną.
- Mogę w czymś pomóc? – spytałam nieprzyjemnie świadoma jego obecności. Mogłam go nie lubić od pierwszego wejrzenia, moje ciało uważało jednak coś innego. Kij z nim.
- Chciałbym się przejść – stwierdził nie aż tak nieznajomy.
Jego prawdziwe imię brzmiało Sir Mattew Jensen Lambert, książę Conilandu. W krajach obok krainy wampirów znany był ze swoich licznych podboi miłosnych. Żadna kobieta mu się nie oprze, bla, bla, bla…
Trafił na godnego przeciwnika.
- Cóż – odparłam. – Mi nie za bardzo, więc siadaj i mi nie przeszkadzaj. Pamiętaj, kto tu jest opiekunem.
Chłopak spojrzał na mnie zaskoczony. Uśmiechnął się i kiwnął głową. Zaczynam grę.
A pierwsze starcie wygrałam ja.

Rozdział I. Początek

Każdy Lud ma inną kulturę, co oczywiste. Jednak Hobbie, trzeba im oddać, kulturę mają intrygującą. Głównie dlatego, że żaden Lud nic o niej nie. Małe stworki, które normalnemu człowiekowi sięgają do kolan, mają duże skrzydła pozwalające im latać, i wszędzie się zmieszczą. Nic jednak nie mówią o sobie. Stąd wniosek, że ich kultura jest ciekawa. Ich architektura za to…
Budynki są ogromne, nawet jak na człowieczy standard. Drzwi tak wielkie, że dwupiętrowa drabina by się pewnie zmieściła. Straszny przepych. Wszystko wygląda tak, że król Wampirów by się takiego wnętrza nie powstydził.
Jednak, co trzeba im oddać, wróżki zawsze są bardzo miłe. Nawet jak odwrócisz się plecami nie zaczną cię obgadywać. Mówią, że to źle wpływa na ich karmę. Taka różnica w stosunku do ludzkich bab, tylko czekających na okazję, żeby wygarnąć ci co nieco. Tak, żebyś przypadkiem, nie dajcie Bogowie, nie usłyszał.
Sklepów tu co nie miara. Wszystko na poziomie i o normalnej cenie. Kraina miodem i mlekiem płynąca. Wszędzie uśmiechy, Ludy nawzajem sobie pomagające, cud, miód i orzeszki.
Do krainy trafiłam przepadkiem. Jeden z profesorów Szkoły Magii do której miałam (nie)szczęście uczęszczać stwierdził, że sam trudów podróży cierpieć nie będzie, więc został zorganizowany konkurs, kto pojedzie. Ponieważ żaden ochotnik się nie zgłosił, dyrektor na ostatnią chwilę wyznaczył mnie. Że niby to mnie czegoś nauczy.
Do dyra trafiłam przypadkiem – jeden z nauczycieli przypadkiem zobaczył, jak robiłam coś, czego robić nie wolno. Skąd miałam wiedzieć, że nie wolno zmieniać wody w wino? Przynajmniej wszyscy zdali to nieszczęsne kolokwium…
Niestety, mojego, logicznego punktu widzenia nie przyjął asystent nieszczęsnego profesora, więc niedelikatnie zostałam zaprowadzona do najgorszego z najgorszych…
Dyrektor nie wydawał się zaskoczony moją wizytą. Więcej, ucieszył się. Zaproponował coś do picia, poczęstował czekoladką, i oznajmił, że zostałam nieszczęśnikiem jadącym do stolicy Hobbie. Zakrztusiłam się biedną czekoladą, ale wyjścia nie było – kara to kara.
Nie, żeby nie podobało mi się u wróżek. Problemem byli ludzie, mieszkający w małych wsiach, którzy czarowników palą na stosie. Rytuał jest co prawda zakazany od dwustu lat (gdy to nieszczęśni magowie wkurzyli się stratą monarchy), ale niektóre wioski kontynuują go z zatrważającym entuzjazmem.
Do Hobbie przyjechaliśmy w sprawach królewskich. Głowy Ludów miały pogadać o problemach na tle rasizmu, omówić cła na towary, zapobiec nieuchronnie zbliżającej się wojnie i inne takie. Od nas, magów, wyznaczony został profesor Trudny. Profesor został tak ochrzczony dwadzieścia lat temu, gdy jego egzaminu kończącego szkołę nie zaliczyli wszyscy studenci, nauczyciele, dyrektor i sam profesor.
Więc idę sobie za nauczycielem. Brukowane uliczki są czyste, jak nigdzie indziej. Rozglądam się na boki. Za kilka kilometrów na pewno dojdziemy do zamczyska, gdzie ma się zebrać spotkanie.
Moglibyśmy się teleportować, ale profesor absolutnie mi tego zabronił. Chodzą plotki, że kiedyś, gdy Trudny próbował w szybki sposób zmienić miejsce pobytu, kawałek nogi okazał się niezwykle złośliwy, i został w pierwotnym miejscu pobytu biednego nauczyciela. Ile w tym było prawdy, nikt nie wiedział.
Prawdą jednak było, że wszyscy magowie woleli zwykłą podróż konno czy pieszo, niż teleportacje na długie odległości. Uczniowie, którzy chwalili się umiejętnością teleportacji, u profesora kończyli tragicznie.
Żaden z uczniów nie wiedział, czemu została zwołana narada Ludów, jednak wszyscy wiedzieli, że coś nie tak. Jeden z nauczycieli wrócił z wycieczki ze spaloną ręką, a jedna czwarta jego klasy rzuciła studia magicznie w połowie. Zostały zwiększone godziny nauki magii obronnej. Gdy dyrektor wrócił z rozmowy z królem Głowieca, na koniec półrocza skreślił połowę tępych uczniów, gdy zwykle skreślał nie więcej niż czterech.
Magowie nie chcą krzywdzić ludzi, ale, jak ci próbują ich spalić, nie zawsze są tak przyjaźnie nastawieni. Łatwo gaszą płomienie, ale nie tak łatwo zgasić złość. Słynny Albert Niesłychany, gdy stracił panowanie nad sobą, spalił pół miasta. Wszyscy się dziwili, bo magia Alberta zwykle nie starczała na ugaszenie niewielkiego pożaru.
Problemy miały także wampiry. Coraz więcej niezrównoważonych psychicznie śmiałków rzucało się na, odznaczające się niezwykłą szybkością i siła, wampiry z drewnianym kołkiem, czosnkiem i krzyżem. Wampiry kołek łamały bez najmniejszych problemów, czosnek uwielbiały i nie zawsze były ateistami. Krew, prawda, piły, ale zwierzęcą, i nie zabijały przy tym.
Szeptało się też o wojnie Wilkołaków i Zwieców. Zwiecy to stwory, które tak jak wilkołaki mogły zmienić się w zwierzęta. Różnica poległa na tym, że likantropi zmieniali się w wilki, a Zwiecy w różne zwierzęta (jeden Zwiec zmieniał się w jedno zwierzę). Ci drudzy byli przekonani o swojej wyższości nad pierwszymi. Niestety, wilkołakom się to nie spodobało i przez długi czas walczyli ze Zwiecami. Skończyło się to dzięki ( a może przez?) pewnej wiedźmie, której jeden podejrzanie wyglądający niedźwiedź stratował ogródek. Jedno proste zaklęcie i miś zmienił się w potężnego młodzieńca o czarnych włosach. Ponieważ młodzieniec ów nie podzielał uczucia straty właścicielki ogródka, ta w zemście pomogła wilkom pokonać wrogów.
Konflikt jednak odradzał się na nowo i wojna wisiała w powietrzu. Taka, jak 200 lat temu.
W roku 217 Wampiry walczyły z Ludźmi, a Wilkołaki ze zwiacami. Do wampirów i wilkołaków przyłączyły się Elfy i Krasnoludzi, potem Hobbie. Od początku krwiożerczym bestiom i strasznym wilczurom pomagali magowie. Pewnego razu jedna czarodziejka nie wytrzymała straty córki i straciła panowanie. Pokonała Ludzi i Zwieców, razem z mężem zwołała Pierwszą Naradę Ludów w 231 i ustaliła zasady życia w Trójświecie. Przegrani posprzątali i zapłacili kontrybucję wojenną i tak (prawie) bezkonfliktowo się żyło. Z czasem jednak Ludy zaczęły zapominać o wojnie i odżyły stare problemy i stereotypy.
Głowy państw (z wyjątkiem Zwieców, one nie są traktowane jako praworządne Ludy) postanowili się spotkać i odsunąć widmo wojny. Król ludzi wiedział, że musiałby walczyć przeciw wszystkim Ludom, za sojuszników mając tylko Zwieców (Wygnańcy bowiem Głowcowi życzyły jak najgorzej) i chciał tego uniknąć. Szczególnie, że jego żona była wampirzycą.